Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się nudzić tak bardzo, że jedynym pomysłem na w miarę produktywne spędzenie czasu było obejrzenie jakiegoś filmu? Mi niestety (albo stety) nawet często i tak też było w zeszły czwartek. Zaraz po wyjściu gości zaszyłam się w swoim pokoju i rozpoczęłam wielogodzinne poszukiwanie filmu. Po raz kolejny zaufałam internetowi - i po raz kolejny załamałam się wyborem internautów.
Miałam ogromną ochotę na jakiś thriller, coś ciekawego i niebanalnego. Uznałam, że "Zaginiona dziewczyna" to strzał w dziesiątkę; mnóstwo ludzi polecało ten film na facebooku oraz na różnych forach.
Od początku bierzemy udział w wycieczce po wspomnieniach Nicka (Ben Affleck), który stara się uporać z nagłym zniknięciem swojej ukochanej. Zdaje się on być zagubiony w swoim życiu, nierozumiejący dziejących się wokół niego zdarzeń. Patrzymy na głównego bohatera zapatrzonego w Amy (Rosamund Pike) w czasie ich pierwszego spotkania, na bankietach, w bibliotece. Od razu myślimy, że ten związek musi być szczery, piękny, nieziemsko zgodny. Równocześnie obserwujemy także wspomnienia małżonki - od kochającej i szanowanej zmieniającą się w smutną, bitą, wykorzystywaną przez męża. Obserwujemy walkę między kochankami, nie wiemy komu mamy zaufać, kogo nienawidzić.
Odkrywamy tę zagmatwaną historię kawałek po kawałku, jakbyśmy delektowali się wielowarstwowym deserem. Właściwie jest to zdecydowanie na plus. Gubimy się w zeznaniach, nie wiemy, który z bohaterów kręci i udaje, nie mamy żadnego pomysłu na rozwiązanie tej zagadki. I tu pojawia się problem - długi czas trwania i okropnie ciągnący się czas.
Po półgodzinnym wciągnięciu napięcie opada a my zaczynamy się nudzić. Po raz kolejny bierzemy udział w osobistych rozmowach Nicka z prawnikami, policjantami lub siostrą. Znowu musimy słuchać o różnych bzdurach niemających nic wspólnego z filmem i robimy się znużeni. Z jednej strony chcemy przerwać seans, z drugiej dowiedzieć się prawdy o dwójce zakochanych i za wszelką cenę zwalczyć opadające powieki.
W filmie jest wiele wskazówek dotyczących całej zagadki, które ja przez znudzenie pominęłam. Co pięć minut sprawdzałam ile czasu jeszcze zostało, modliłam się o koniec. Gra aktorska jest wyśmienita, często zmieniają się miejsca, muzyka jest bogata. Nie ma żadnego powodu do bycia niezadowolonym, a jednak.
Sądzę, że David Fincher starał się aby jego film był perfekcyjny w każdym calu - długi, skomplikowany, spójny. Popełnił błąd w zbyt szczegółowym przedstawianiu dialogów zachodzących między bohaterami.
Mimo nużącej akcji i ciągnącego się czasu zakończenie filmu dziwi. Oburza. Zdaje się być dziwne, niedokończone. No bo jak to tak - kobieta oszukuje, robi wokół zamęt, zabija ludzi i nie płaci żadnej ceny? Normalnie dalej żyje jak gdyby nigdy nic?
Nierealnym wydaje się być także zachowanie jej małżonka, który bez żadnych oporów do niej wraca. Myśląc o scenach końcowych musimy wrócić do wstępu. "Patrząc na moją żonę chcę rozbić jej czaszkę(...)".
Etykiety:
Ben Affleck,
David Fincher,
dramat,
Rosamund Pike,
średnie,
thriller
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)







0 komentarze:
Prześlij komentarz