Zacznę od tego, że do recenzji tego filmu podchodziłam i nadal podchodzę sceptycznie. Przeczytałam tę niezwykle ambitną książkę w całości (rozumiem przez to 3 części) i przyznaję się bez bicia, że nawet nie pofatygowałam się jej kupić, bo najzwyczajniej w świecie wiedziałam, jak bardzo będzie zabawna. Pobrałam ją w PDF i przeczytałam śmiejąc się pod nosem.
Nie rozumiem idei tej książki, a już tym bardziej stworzenia filmu. Jeśli któraś z pań wyobraża sobie, że to, co ta małej wiedzy autorka przedstawiła w tym szmatławcu, podchodzi pod BDSM to niestety, sceny z "Pięćdziesięciu..." co najwyżej mogą robić za soft seks młodego małżeństwa. Nie będę rozwodzić się nad bzdurami, które są tam opisane, nad dialogami. które kojarzą mi się z dennymi serialami dla emerytów oraz nad językiem, który leży i kwiczy, bo jego poziom porównywalny jest do umiejętności pisania w przedszkolu. Nie warto. Nie warto też zastanawiać się nad sukcesem tej trylogii, bo jasne jest, że ludzie lubią promować gówno, nad którym nie trzeba zbyt wiele myśleć. :)

Na początek skupmy się na obsadzie. Kiedy czytałam wywiady z Jamie'm Dornanem (Christian Grey) i Dakotą Johnson (Anastasia Steele) myślałam, że może uda im się zrobić coś dobrego. Wypowiadali się tak, jakby zależało im na jakości i dobrej opinii widzów. Znośne zdanie na temat tego filmu podbijał też u mnie soundtrack, który sprawiał wrażenie nietuzinkowego. A co wyszło?
Wyszła klapa. Gra aktorska jest dramatycznie płaska, nie ma żadnych emocji (w książce również nie było ich zbyt wiele, ale da się je zauważyć, np. dzięki irytującej Anastasii). Muzyki nie ma, a jak jest, to tak wciśnięta, że nawet się jej nie zauważa. Sposób filmowania nawet nie zasługuje na komentarz.

Sceny seksu są może dwie, na dodatek zrobione okropnie; można by rzec, że wyszły jeszcze gorzej, niż w wersji książkowej. Dom i biuro Greya, które powinny wzbudzać zazdrość, wzbudzają śmiech (spójrzcie na wystrój jego gabinetu, nie wiem, kto wpadł na błyskotliwy pomysł zapełniania przestrzeni tymi drewnianymi słupami itp.).

A tak właściwie o czym jest ten film, spytacie, drodzy czytelnicy. "Gdybym nie znała książki, to bym nie wiedziała, a tak to wiem" chciałabym odpowiedzieć, ale niestety, dalej nie wiem. Ani to nie pokazuje ludziom istoty BDSM, ani to nie uczy, ani nie jest ciekawe, ani nic. Film/ książka do zapoznania i wyrzucenia gdzieś w najciemniejszą strefę pokoju, bo do pamiętania tu nie ma niczego, no, może oprócz kilku piosenek z książki, które zostały zamienione na popowe disco w filmie.



0 komentarze:
Prześlij komentarz