Długo zbierałam się do napisania tej recenzji. Czekałam bardzo długo na trzecią ekranizację jednej z moich ulubionych trylogii. Książkę czytałam wiele razy, mogę przyznać, że wszystkie wydarzenia mają swoje zakładki w mojej głowie i znam ich kolejność na pamięć. Wiecie lub nie, jestem ogromną fanatyczką Collins, z niecierpliwością czekam na jej nowe pomysły.
Do pójścia na Kosogłosa zbierałam się tydzień - przede wszystkim dlatego, że mocno się obawiałam owej ekranizacji. Czułam, że coś będzie nie tak. Nie pomyliłam się.
Film jest idealny dla osób, które nie czytały książki, właściwie, to nie znają nawet w 50% sensu "Igrzysk..." i ich sekretów. Dla osób, które czytały i się interesowały - niekoniecznie dobry.
Przede wszystkim mam wrażenie, że twórcy ekranizacji poszli tym razem wyłącznie na zyski. Pominęli najważniejsze sentencje z książki, chociaż idealnie ją odwzorowali. Właśnie - pierwszą klapą okazuje się przedstawienie wszystkiego zgodnie z książką. Doceniam filmowców, którzy w swoich produkcjach dodają coś od siebie. Tutaj zdecydowanie mi tego zabrakło.
Kolejną nużącą sprawą jest Katniss (Jennifer Lawrence) oraz prezydent Coin (Julianne Moore). Nie mam nic do do obu aktorek, ta pierwsza jest nawet moją ulubioną. Problem oscyluje wokół ich roli - oglądając film miałam wrażenie, że reżyser i scenarzyści postawili tylko na te dwie piękne panie, i kompletnie olali sens historii.
Nie podobało mi się również to, że przedstawili scenę, w której Katniss (Lawrence) idzie do swojego starego domu w Wiosce Zwycięzców Dystryktu 12 i zabiera stamtąd kurtkę myśliwską należącą do jej nieżyjącego ojca. Wzruszającą sceną była także ta, w ciągu której główna bohaterka śpiewa piosenkę o drzewie wisielców. Dlaczego mam co do tych sytuacji zastrzeżenia? W filmie ani razu nie wspomniano o wyżej wspomnianym tacie Dziewczyny Igrającej Z Ogniem; dodano te wydarzenia jak gdyby nigdy nic, coś tam one znaczą, ale kogo to obchodzi, ważniejsze są pieniądze.
Jak już wspominałam wcześniej, lubię Julianne Moore, jednak w Kosogłosie wydała mi się mocno nie... Coinowa. W książce przedstawiono ją jako okropną, ale silną babę, która cały czas ma jakieś pretensje do Katniss. W filmie raz miała zastrzeżenia, chwilę potem jej przechodziło i była milutka. I w sumie nie byłoby problemu, gdyby nie czekająca na fanów druga część Mockingjaya, w której dzieje się pewna przykra sprawa (nie spoileruję). Z takim zachowaniem prezydent dystryktu 13, nie będzie miała ona sensu. Szkoda.
Najbardziej zawiodła mnie jednak komandor dystryktu ósmego - Paylor. W książce była ona sceptycznie nastawioną do Kosogłosa blondynką, którą od samego początku bardzo polubiłam. Wydała mi się silna, pewna siebie, stanowcza. W ekranizacji zagrała ją jakaś murzynka (Patina Miller), która była super słodka i zachowywała się tak, jakby wokół niej nie ginęli ludzie.
Nie spodobał mi się także Messalla (Evan Ross), na którego czekałam przez cały film. Miał być niezwykły, cały w kolczykach. Potem okazało się, że miał zaledwie dwie czarne kropki na brodzie.
Negatywnie oceniam postać Peety (Josh Hutcherson), który zachowywał się jakby bolała go pupa, a nie jakby go potraktowano jadem gończych os oraz mocną dawką tortur. Wysmarowali mu oczy jakimś czerwonym cieniem, tragiczne posunięcie.
Pomimo tylu negatywnych opinii, muszę pochwalić muzykę w filmie (a raczej jej brak). Wszystko zachowane jest w ciszy, spokoju. Można określić, że to taka myląca cisza przed burzą.
Tak naprawdę na dwie godziny filmu słyszymy jedynie kilka utworów budujących łagodne napięcie, drzewo wisielców wycharczane przez Lawrence, i piosenkę końcową Lorde. Taka atmosfera jest niezwykła i wbrew pozorom wcale nie nudna. Widz z zainteresowaniem śledzi interakcje bohaterów, smutek Gale'a (Liam Hemsworth), strach Katniss, ekscentryczność Cressidy (Natalie Dormer).
Etykiety:
film,
Francis Lawrence,
Jennifer Lawrence,
Josh Hutcherson,
Julianne Moore,
Liam Hemsworth,
Natalie Dormer
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)






0 komentarze:
Prześlij komentarz