Film na którym byłam od razu gdy pojawił się w kinie. Najwidoczniej zapomniałam o tym, aby o nim tutaj wspomnieć.
Występują w nim nowi, nieznani, młodzi aktorzy. Jest to oczywiście na plus, ponieważ nadają miłej świeżości. Marcela Sabata kojarzyłam już z "Facet (nie) potrzebny od zaraz" (o którym zaraz napiszę) i bardzo spodobał mi się w tamtej wersji. W tej jeszcze bardziej.
Niechętnie przyznaję, iż jestem na tyle młoda, że nie dotarłam jeszcze do trzeciej klasy gimnazjum i nie miałam okazji przeczytać książki. Jestem jednak bardzo ciekawska i wiem, że ekranizacja bardzo od niej odbiegała. Było to widać na pierwszy rzut oka - Alka śmiało można zaliczyć do postaci drugoplanowych; pojawiał się tak rzadko, że prawie w ogóle nie kojarzę gdzie były sceny z jego udziałem.
Do cech pozytywnych należy zaliczyć oczywiście inteligentne reżyserowanie. Ujęcia są dokładne, wyraźnie, takie jakie powinny być.
Wiele razy wzbudził łzy u mnie i moich koleżanek. Napięcie jest świetnie podkręcane, cały czas rośnie i w pewnym momencie... trach! Dochodzi do punktu kulminacyjnego, a większość osób przed ekranem zalewa się łzami.
Myślę, że film i aktorzy zasługują na pochwałę. Wszystko jest naprawdę dobre, jednak w filmie brakowało trochę wyrazistości. Miałam wrażenie, że wciąż oglądam tę samą scenę i nic się nie dzieje. Efekty specjalne także nie wciskają widza w fotel.
Etykiety:
marcel sabat,
polskie,
robert gliński,
wojenne
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)




0 komentarze:
Prześlij komentarz