Tylko kochankowie przeżyją (2013)


Do napisania tej recenzji zbieram się od kilku miesięcy. Film, który zagościł w moich ulubionych, myślę, że na podium. Idealny w każdym calu.


Kiedy dowiedziałam się, że w filmie Jarmuscha wystąpi dwójka moich ulubionych aktorów o mało co nie wyrosły mi skrzydła i nie poleciałam na nich prosto do Londynu. Kompletnie nie zgadzam się z opinią, że gatunek tej ekranizacji to horror. W żadnym wypadku.


Małżeństwo wampirów mieszkające na przeciwległych stronach świata przeżywa kryzys. Adam (mój ukochany Tom Hiddleston) wpada w depresję i zamierza popełnić samobójstwo. Na ratunek przychodzi mu Eve, która stara się przywrócić mu humor i dobre nastawienie do życia.
W oczy od razu rzuca się niezwykłe dopracowanie szczegółów - wszystko jest dopięte na ostatni guzik i podnieca mnie niemiłosiernie (zwłaszcza dom Adama). Para zakochanych przedstawiona jest na zasadzie kontrastów: Eve - jasna, wyrazista, pełna ochoty do dalszego egzystowania, Adam - ciemny, ponury, unikający świata.


Film cudownie się rozpływa, wlecze i ciągnie. Zdaje się, że nie ma końca, a problemy wampirów dochodzą wciąż do punku kulminacyjnego.
Najpiękniejsza jest jednak muzyka, która doprowadzała mnie do ekstazy. Jest niezwykła, niespotykana. Zaskakująca. W ekranizacji pełno jest powolnych gitarowych riffów, nocnych wycieczek oraz literatury. Wszędzie pojawia się klasyka - zarówno muzyczna jak i słowotwórcza.


Pomimo całego piękna zawartego w trzech godzinach przewijających się klatek, film nie nadaje się dla każdego. Trzeba lubić myśleć, główkować, słuchać wspaniałej muzyki i rozpływać się nad względnością egzystencjalną razem z głównymi bohaterami.

0 komentarze:

Prześlij komentarz